Microsoft Windows to produkt, który potrafi doprowadzić na skraj załamania nerwowego nawet najbardziej wytrwałego użytkownika. W wersji XP HE SP3 nie jest co prawda tak groźny, jak np. w wersji Vista, ale mimo wszystko pozostaje niebezpieczny dla otoczenia. Dziś uznałem, że pewna granica została przekroczona - coś we mnie pękło.Otworzyłem przeglądarkę i zacząłem szukać. Distrowatch było oczywistym punktem zaczepienia, ale szukałem także blogów, notek na forach oraz wszelkiego rodzaju rankingów i zestawień. Niestety wszystkie znalezione strony zawierały informacje sprzed wielu miesięcy (a czasem nawet lat), dlatego postanowiłem kolejno eliminować najbardziej popularne dystrybucje z distrowatch. Okazało się, że nie musiałem szukać daleko, a mój wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyeliminowałem Ubuntu, ponieważ wersja netbook remix działała na moim laptopie zbyt wolno. Następna w kolejce była Fedora - niestety nie trawię RPM-ów. Jak dla mnie najlepiej sprawdzają się w wentylatorach. ;-)
Na trzecim miejscu od góry widniała dystrybucja, którą znałem jedynie ze słyszenia - Mint Linux. "Kolejna piąta woda po debianowskim kisielu" - pomyślałem - ale niepozorna strona projektu mnie zaciekawiła...
Download complete. Burning successfull. Pstryk, napęd DVD na USB podłączony do AC. Ti-dum, napęd podłączony do komputera (oczywiście najpierw wtyczkę USB włożyłem odwrotnie, dopiero za drugim razem się udało). Twardy reboot, już bez czekania na cholerne zamknięcie się systemu, bez klikania "Zakończ zadanie" przy zawieszonym Outlooku czy Winampie. Po prostu system down. Jeszcze szybka zmiana boot sequence w BIOS-ie i już z płyty bootuje się Linux... Nareszcie koniec informatycznego analfabetyzmu i kalectwa zamkniętego oprogramowania - mój EeePC w końcu dostał szansę pracy bez ciągłego mielenia, indeksowania plików i defragmentacji dysku.
Wybootowało się Live CD. Łączenie z WiFi trwało tyle, że pomyślałem, że coś poszło nie tak, a komunikat o połączeniu to coś w stylu "Błąd. Operacja zakończona pomyślnie". Jednak okazało się, że byłem w błędzie. Łączenie z WiFi, od chwili wpisania hasła, do wysłania pierwszego pinga, trwało nieco ponad sekundę. Dźwięk działa. Stefa czasowa i godzina wykryte bezbłędnie. Wszystko po polsku. Fajne narzędzia do zarządzania pakietami w standardzie - jest nawet coś na wzór Android Marketu. Niby Gnome, ale ładne. Styl ikonek bardzo fajny, trochę Androidowy. Picasa działa, Chrome jest, PuTTY zainstalowany, cały hakierski stuff pobrany. Nawet OpenOffice działa całkiem sprawnie. W każdym razie najważniejsze, że jest Java i chodzi kurnik. Bo przecież netbooki są do zabawy.
Pod koniec personalizacji środowiska graficznego, po włączeniu wszelkich compizów i innych bajerów, do komputera dorwała mi się moja Nieco Częściej Grająca w Gry Połówka i zainstalowała za pomocą mintInstall grę "World of Goo". To było jakieś dwie godziny temu...
Cóż więcej... Naprawdę polecam tę dystrybucję Linuksa. Wszystko działa od ręki. Czysta przyjemność. Tymczasem kończę, bo level drugi czeka. :-)

Gra jest przeportowana na Linuksa, Windows i MacOS. Można ją nabyć via PayPal i pobrać ze sklepu.
OdpowiedzUsuńDobry opis. Zastanawiam się pomiędzy Kbuntu, Lightm i teraz distro, które polecasz. Ale moze przetestuje
OdpowiedzUsuń